Złombol 2023 – skrawek podsumowania

W jednym z wpisów zasygnalizowałem wyprawę na Złombol, więc trudno to przemilczeć na swoim blogu – wszak nie samym IT żyje człowiek 🙂

Trudno mi mówić o rozpoczęciu przygotowań do wyjazdu, bo jest to jeden z takich, co do których pojawia się uczucie przygotowywania się do nich przez całe życie, przynajmniej z technicznego punktu widzenia. Cała reszta, inna niż techniczna, była dla mnie niemałym wyzwaniem, bo teoretycznie z językiem angielskim czy obcokrajowcami mam styczność niemal na co dzień, z drugiej strony największą zagraniczną podróżą było jedno popołudnie w Ostravie, więc kiepski był ze mnie podróżnik.

Tata z bratem przygotowywali samochód. Wybór padł na najbardziej sprawdzonego w bojach poloneza z naszej 'stajni’ – zielonego caro plusa z 2001 roku, kupionego we wrześniu 2010 roku w Radzyniu Podlaskim za zawrotną kwotę 800zł (był wystawiony za 1000zł, ale właściciel opuścił 200zł, bo postanowił alufelgi zachować 'dla zięcia, do seicento’)

Samochód dostał oklejenie wywodzące się z naszego rodzimego regionu, czyli Południowego Podlasia. Wzór otrzymaliśmy od Angeliki analizującej historię okolicy w ramach projektu Matecznik.

Szczegóły podróży opisaliśmy na naszym fanpage na facebooku. W ramach naszego teamu, udało się zebrać 4200zł, od znajomych, z licytacji oraz od firm: RIM, sklepu PH Jacuś, Dziki Styl i Dzikie Krówki oraz Zakładu Przetwórstwa Kodu.

Wyjazd obfitował w malownicze miejsca, niezapomniane chwile – zarówno te wzruszające jak i wzbudzające niepokój, czyli awarie. Poniżej kilka widoczków upolowanych gdzieś na trasie:

Najdalej wysunięty parking w Europie, czyli ten przy Cabo Da Roca
również Ocean, ale tym razem w Biarritz

Oczywiście nie mogło być idealnie, więc polonez zaliczył kilka awarii: niektóre były banalne pokroju źle złożonych drzwi (które otwierały się przy opuszczaniu szyby), uszkodzonego katalizatora, paliwa odpływającego od pompy czy zgubionych korków od obu paliw.

W miejsce korka od benzyny idealnie pasuje denko od puszki piwa 'San Miguel’ 🙂

Obie duże awarie przytrafiły nam się dopiero na powrocie. Pierwszą z tych poważniejszych była utrata licznika i ładowania na kempingu niedaleko Lizbony (winowajcą okazał się bezpiecznik 15A), ale dłuższy kawałek musieliśmy przejechać wspomagając się 'druciarsko’ uruchomionym ładowaniem

Drugą poważniejszą awarią był pęknięty zbiorniczek od płynu chłodniczego gdzieś w Hiszpanii. W pierwszej chwili przestraszyliśmy się, że to coś poważniejszego, bo temperatura silnika na podjazdach rosła do 100 stopni a po zatrzymaniu, spod maski wydobyły się kłęby dymu. Przyczyna jednak była dość zabawna – zbiorniczek pękł tak perfidnie, że płyn ciurkiem lał się na kolektor wydechowy, stąd chmury dymu.

Zbiorniczek… zakleiliśmy taśmą zbrojoną otrzymaną na starcie rajdu i tak dojechał aż do Polski.

Meta rajdu była czymś wspaniałym z kilku powodów:

Pierwszy to samo miejsce – okolica była trudna do opisania. Malownicze miasteczko, turystyczne, ale przed sezonem. Graciarski aspekt dodawał smaczku – mieszkańcy byli szczerze zaskoczeni taką ilością dziwnych, kolorowych samochodów, które jednocześnie pojawiły się w ich okolicy. Na kilka dni w Nazare nie dało się przejść nie trafiając na jakiegoś gruchota.

Doskonale ilustrują to dwa zdjęcia, które wykonałem po prostu odwracając się o 180 stopni 🙂

Nasz polonez też ładnie prezentował się na tle oceanu, tym razem w Nazare

Drugi to mój ukryty cel. Pierścionek był w szkatułce dla niepoznaki stylizowanej na pudełko z Filtronem OP520 🙂

powiedziała 'tak’ 🙂

Podsumowując: wydaliśmy tysiące złotych, zebraliśmy tysiące złotych, zrobiliśmy tysiące kilometrów i nie możemy się doczekać kolejnego wyjazdu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.